Przejdź do głównej zawartości

Recenzja: "To nie ja, kochanie" - Tillie Cole

Premiera: 18.07.2018

Wszystkie części serii Katów Hadesa zawierają opisy wierzeń i praktyk religijnych, które wielu czytelnikom mogą się wydać szokujące. Jednak inspiracją dla mnie były tu rzeczywiste wierzenia i praktyki religijne istniejących oraz nieistniejących już ruchów religijnych oraz sekt. Na potrzeby przestawionej historii niektóre sceny zostały przejaskrawione. Chciałabym podkreślić, że iż wielu członków istniejących na świecie sekt postępuje zgodnie z doktryną, dogmatami swojej wiary i głoszonymi przez ich przywódców naukami – tak jak wyznawcy innych religii – bezkonfliktowo, bezpiecznie i z oddaniem. Niniejsza powieść zgłębia jedynie problem nadużywania tego typu praktyk i wykorzystywania ich do złych celów. Proszę mieć również na uwadze, iż książki z serii Kaci Hadesa zawierają opisy przypadków okrutnego wykorzystywania seksualnego dzieci, tematów tabu, przemocy oraz gwałtów. – od Autorki.

Na wstępie zaznaczę, że rozpoczynając lekturę pierwszego tomu serii „Kaci Hadesa” miałam w pamięci wcześniejsze, podobne gatunkowo powieści Tillie Cole, czyli „Raze’a” i „Reap’a”, dla których zarwałam swego czasu noce. Myślałam zatem, że jestem przygotowana na wszystko. A tu okazało się, że wchodząc do mrocznego, brudnego świata gangu motocyklowego z jednej, a upiornej sekty z drugiej strony, podjęłam niebezpieczną grę z własnym poczuciem estetyki literackiej (ale, żeby nie było, autorka we wstępie ostrzegała, jak będzie). I niby powieść typu „dark erotic” czy też „dark contemporary romance”, zawierająca mocne sceny dozwolone od lat osiemnastu i pozbawiające tchu akty przemocy, rządzi się swoimi prawami, to jednak nie byłam w stanie przejść do porządku dziennego nad faktem, że warstwa językowa powieści obfitowała w natłok takich epitetów, które byłyby do strawienia, gdy pojawiły się raz, no góra dwa razy w jednej scenie, jednak Tillie zdecydowanie przesterowała w tym aspekcie i zaserwowała nam slang, wywołujący skrzywienie mojej romantycznej duszy. Przeczytacie „To nie ja, kochanie”, to będziecie wiedzieć, o które zwroty mi chodzi i niestety, słowniczek terminów pochodzących z nowomowy motogangu nijak nie pozwolił mi się uporać z dojmującym niesmakiem, że w tak wulgarny, bezpardonowy sposób można zwracać się do kobiet i to do tych, które darzy się najgłębszym uczuciem. Widać nie mogłabym należeć do przestępczego półświatka, a kobieta mafii byłaby ze mnie żadna :P 

ALE!

Co ja poradzę, że w ogólnym rozrachunku tę powieść pochłonęłam, a co ważniejsze - kupuję wszystko, co napisze Tillie! Bo kolejny raz wątek trudnej miłości, balansującej na granicy dwóch, zupełnie przeciwstawnych sobie światów, porwał mnie bez reszty. Konwencja zastosowana przez Cole jest oczywiście doskonale znana i perfekcyjnie wpisuje się w ten gatunek literatury rozrywkowej. 

Mamy tu zatem pełnowymiarowego bad boya, gangstera z umazanymi krwią rękami, będącego liderem motocyklowego gangu „Kaci Hadesa”. A wybranką jego serca okazuje się delikatna i piorunująco piękna uciekinierka z kręgu wyznawców apokaliptycznego kultu, nieświadoma realiów prawdziwego życia poza sektą, sprowadzającą kobiety do roli erotycznych (a co gorsza pedofilskich) zabawek. River – Styx oraz Salome – Mae mieli już jednak okazję się spotkać, kiedy byli dziećmi i chociaż było to jedynie przelotne spotkanie, to odcisnęło piętno na ich poranionych sercach. Piętnaście lat później ich ścieżki ponownie się przecinają i tym razem żadne z nich nie zamierza rezygnować z łączącego ich uczucia. Eteryczna Mae zostaje Damą Styxa, jednak walka o odzyskanie strefy wpływów na nielegalnym rynku handlu bronią oraz namierzanie zdrajcy w szeregach motocyklowej braci, będzie boleśnie ukrócać związek tych dwojga, wystawiając ich na najcięższe próby. 

Na uwagę zasługują postaci drugoplanowe, zwłaszcza Rider, pełniący funkcję lekarza i jednego z najbliższych podwładnych Styxa. Między innymi dzięki niemu, aż się palę do tego, aby poznać dalsze losy „Katów Hadesa”!

„To nie ja, kochanie” to bez wątpienia mroczna, ciężka historia dla dorosłego i dojrzałego odbiorcy, osadzona w świecie pełnym brutalności, ekstremalnego seksu oraz perwersyjnych praktyk, zasługujących na potępienie (co ważne, potępienie i niezgodna na praktyki sekty nadchodzą nawet z mało kryształowych, ale na swój sposób honorowych szeregów braci gangsterów). 

Nie jest to zatem powieść dla osób stroniących w literaturze od erotyki i kontrowersyjnych tematów, wystawiających na próbę czytelnicze wyczucie smaku. Jednak jeśli damy się porwać konwencji ukutej przez Cole, to nie oderwiemy się od lektury ani na moment. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Z niecierpliwością wypatruję kolejnego tomu cyklu, który już w sierpniu 2018 roku będzie dostępny na polskim rynku. Chociaż nie mogę ukrywać, że towarzyszy mi w przypadku tej historii nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że w oryginale czytałoby mi się ją dużo lepiej, biorąc pod uwagę stylistykę i różnice wynikające z tłumaczenia.

Bardzo dziękuję Wydawnictwu „Editio Red” za recenzencki egzemplarz książki.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recenzja: "Karuzela" - Paulina Świst

Premiera: 14.11.2018

"Bo to, co nas podnieca, to się nazywa kasa, a kiedy w kasie forsa, to sukces pierwsza klasa. Bo to, co nas podnieca, to czasem też jest seks, a seks plus pełna kasa, to wtedy sukces jest." - nucę sobie pod nosem piosenkę Maryli Rodowicz sprzed wielu, wielu lat; piosenkę idealnie pasującą do najnowszej powieści Pauliny Świst pt. "Karuzela". Tajemnicza adwokat pisząca pod pseudonimem, autorka sensacyjno-erotycznej serii "Prokurator", powraca bowiem z nowym cyklem, który otwiera historia przekrętu gospodarczego na grube miliony, będącego "idee fix" pewnych wrocławskich adwokatów. Nazwisko Orłowski zobowiązuje, zatem główny bohater, Piotr "Orzeł" Orłowski wiedzie prym nie tylko w palestrze, ale i w zorganizowanej grupie przestępczej zorientowanej wokół zwrotu podatku VAT ze sprzedaży międzynarodowej. W proceder uwikłana jest również jego koleżanka ze studenckich czasów, prawniczka Aleksandra Tredel. Ten kreatywny duec…

Recenzja przedpremierowa: "Nikt nie idzie" - Jakub Małecki

Premiera: 31.10.2018

"Co rano parzyła w tygielku kawę po turecku, z cukrem i kardamonem, a potem siadała w pokoju, naprzeciw do połowy ułożonych puzzli na ścianie, i otwierała Nikt nie idzie: ponad tysiąc kartek, na każdej stronie drzeworyt, zdjęcie albo krótki wiersz. Oglądaj jedną stronę dziennie, powiedział kiedyś Igor. Więc oglądała." - fragment powieści.

Przyznaję, że mam z Jakubem Małeckim dwa, nie lada problemy... Bo chociaż jestem ekstrawertykiem z dość pokaźną siłą przebicia, to Kuba onieśmiela mnie swoją osobą przy każdym bezpośrednim spotkaniu. I robi to absolutnie nieświadomie, będąc człowiekiem nader skromnym, bo to ja milknę przy jego jego talencie :)

Podobnie też mam z przelewaniem na papier moich wrażeń z lektury jego książek. Ja ich nie czytam, ja je chłonę całą sobą, bo poruszają we mnie najbardziej nostalgiczne struny (tak, ekstrawertyczne osobowości również takowe posiadają). I tu pojawia się drugi problem, ponieważ zamiast spisywać te uczucia, wolałabym p…

Recenzja przedpremierowa: "Adam" - Agata Czykierda-Grabowska